Magda

Plamienie. Zdarza się we wczesnej ciąży, ale sprawdzimy, powiedział łagodnie pan doktor w prywatnym gabinecie, robiąc mi usg. Zarodek jest za mały, brak akcji serca. Lekarz powiedział, że kobiety często ronią w tym czasie, ale dodał, że mu przykro, powiedział, że rozumie, że to ciężko przeżyć. Nie powiedział, co mi się może przydarzyć dalej. Słowa były za trudne. Może bał się mojej reakcji. Zostałam całkiem sama.

Poszłam do szpitala na izbę przyjęć, bo nie chciałam czekać pięciu dni. Rozmowa z położną o mojej diagnozie, plamieniu i bólach odbyła się na korytarzu w tłumie ludzi. „Skierowanie ma? Krwawienie duże?! Boli?!” Nie bardzo, mówię zgodnie z prawdą. „A, to nie będę pani rejestrować”. Ja nawet nie wiem, co to znaczy. Postanowiłam, że następnym razem będę kłamać.

Lekarz numer 1 przyjął mnie bez rejestracji, ale był paskudny. Mówił mi, że ja tu mu źle mówię, że niby nie jestem już w ciąży, bo jestem przecież w ciąży, „przecież widać zarodek, o tu, no bez akcji serca, ale jest, no niech pani spojrzy” – pukał palcem w zdjęcie. Patrzyłam tępo. Mam się zgłosić za 5 dni. Kropka. Na co, zapytałam. On niecierpliwie mówił, że no na wywołanie, jak samo nie pójdzie. Co to znaczy „jak samo nie pójdzie”? Co mam zrobić jak dostanę krwotoku wcześniej? On zaczął zirytowany mówić tak szybko, że z trudem go rozumiałam, ale wyszło mi, że on uważa, że ja już poronienie przechodziłam. Nie przechodziłam? Oj, źle zrozumiał (sic!). Powiedział na samym końcu „przepraszam, wziąłem panią za wieloródkę”. Koniec rozmowy. Dlaczego wielorództwo mi wyczytał z twarzy, tego nie wiem. Może to dlatego, że nie płakałam, nie krzyczałam, nie trzęsłam się – byłam za spokojna….Zabrakło zwykłej ludzkiej empatii. Pan doktor chciał iść mentalnie na skróty, żeby NIE musieć do mnie za dużo mówić. W końcu sytuacja dla mnie strasznie trudna, dla niego strasznie banalna (czego nie ukrywał), więc nie znaleźliśmy wspólnego słownika.

Moja pierwsza, jedyna, wyczekiwana ciąża właśnie kończyła się w 10 tygodniu.

Poszłam do innego szpitala na izbę przyjęć o godzinie 20. Lekarz numer 2 był wspaniały. Popatrzył się na ostatnie usg i powiedział, że on przyjmie mnie dzisiaj. Nie pytał, czy boli bardzo, czy tylko trochę. Spędziłam z tym człowiekiem pół godziny: rozmawialiśmy o wszystkim, także o moich doświadczeniach z innym szpitalem, o moim samopoczuciu, o tym, że jestem sama, bo mój partner wyjechał, o możliwych scenariuszach na kolejne dni. Nie chodziło tu o „poronienie w zatrzymaniu”, chodziło o mnie w całości. Nie musiałam kłamać, że mnie boli. Mówił: „zrobimy to jak najszybciej, żeby pani się psychicznie lepiej poczuła”. Procedura zaczęła się o 22. Słowa płynęły same. Bo było zwyczajnie.

Rano, razem z słynnym oświadczeniem (które było „na czas”, jeszcze, kiedy naprawdę można decydować), dostałam list od szpitala. Ładny tekst. „Rozumieją mój ból.” Z wyjaśnieniem jakie są moje możliwości. Bardzo uważnie dobrane słowa, raz tylko pojawia się rozróżnienie „tkanka / płód”. Informacja, że w szpitalu jest psycholog. Z podkreśleniem, że mam prawo do wszelkich informacji o moim stanie zdrowia. Położna była przy mnie jak zaczynałam czytać, sprawdziła dyskretnie, czy daję radę…

Dałam radę. Moja ciąża skończyła się w toalecie. Najwyraźniej inaczej w tym kraju się nie da. Zabieg tylko jak „tabletki nie zadziałają do końca”. U mnie zadziałały. Położne mówiły spokojnie, żeby w miarę możliwości „zbierać tkanki do słoika”. Musiałam więc łowić mój pęcherz płodowy. Niektóre położne chwaliły, że tak mi się dobrze udało zebrać „materiał”. Pójdzie szybko do zbadania. Położne mają trudne zadanie do spełnienia (nakłonić pacjentkę), więc starają się, jak mogą. Unika się drażliwych słów – nie „płód”, ani „zarodek”, raczej „materiał”, „tkanki”, „skrzepy”. Koszmar wpisany w szpitalną rzeczywistość. Koszmar zapodany jakby mimochodem, tak, że nikt nie ma szans się zbuntować.

Zasadniczo, nikt mnie nie pocieszał, ale i nikt mnie nie poganiał, nie pouczał, nie beształ, nie zadawał zbędnych pytań. Zabrakło mi może tylko „jest pani bardzo dzielna”… może to jest zarezerwowane tylko dla rodzących? Wiem, że i tak miałam wielkie szczęście, trafiłam na najlepszy personel, jaki się zdarza.

Piętro wyżej kwiliły noworodki. Nie drażniło mnie to. Uśmiechałam się do nich przez łzy.

Na pożegnanie położna pokazała sufit i powiedziała: „Mam nadzieję, że pani do nas szybko wróci”.

Magda

Iza

Iza, szczęśliwa mama
Dziś wiele wspomnień z tamtego okresu już przyblakło, bo jest Synek i poszłam do przodu,
ale tęsknota za dziećmi, których nie ma, trwa we mnie i to się już nigdy nie zmieni.
Strata dziecka jest dla nas rodziców najgorszym, najbardziej bolesnym doświadczeniem w życiu – to nas zmieniło, ale tez w jakiś przedziwny, przewrotny sposób pokazało naszą siłę – osobno jako jednostek i nas jako rodziny.

Kiedy widzę uśmiech mojego Synka, to wiem, ze warto było podjąć tą walkę.

Iza, szczęśliwa mama

ALICJA

Plamienie w 6 tygodniu, najpierw szpital, moje niedowierzanie, że serduszko nie bije. Potem wybłagana 3-minutowa prywatna wizyta u lekarza prowadzącego. Zwykle grubiański i obcesowy (profesor guru, dla dzieci zniosę wszystko), po przyłożeniu sondy USG, z zatroskaną miną pyta:  „Czemu spotykamy się w takich warunkach? ”

I już wiem że nic się nie da zrobić, wychodzę i wylewam potok łez na koszulę męża.

Mogę czekać albo zabieg – nie umiem czekać. Chce jak najszybciej wypłakać mój smutek..Odbyć tę żałobę. Wchodzę do szpitala płacząc i łzy lecą mi aż do czasu narkozy.

Po zabiegu plik niedbale skserowanych dokumentów: „Proszę zaznaczyć płeć dziecka”.  Nie zaznaczam nic – szpital domyślnie zgłasza dziewczynkę.

Za 3 tygodnie miałbyś 6 urodziny Synku..
Mam Twój akt urodzenia i zgonu z imieniem Janka..przepraszam Cię za to, wiem, że byłeś chłopcem.

Alicja mama Weroniki (11.07.2005), Synka (30.04.2008*) i Natalki (29.01.2010)

Anna

Anna
„Masz prawo czuć stratę, masz prawo płakać i czuć się kiepsko, masz prawo
do żałoby, i czucia tego wszystkiego, tego ogromnego bólu który teraz
czujesz …” – to słowa, które dodały mi otuchy.

Kiedyś moja starsza córka prowadziła intelektualną dysputę
i powiedziała: „tak sobie myślę, i mam poczucie że było nas więcej”,
powiedziałam jej: „to prawda”. Jak kiedyś zapyta, to powiem wprost…

Anna

Basia

Słowa…

Te pierwsze 23.06.10 – 13 tydzień ciąży (od prywatnego, słono płatnego ginekologa w prywatnym gabinecie):

„Nie ma żadnego problemu. Krwawienia się zdarzają, ale skoro Pani tak panikuję to zrobimy USG.”

„No jednak jest powód krwawienia. Serce płodu przestało bić. Proszę przyjść jutro do szpitala na łyżeczkowanie.”

I potem już żadnych słów. Oprócz tego, że sama musiałam pielęgniarce przy wszystkich paniach w poczekalni powiedzieć, że nie jestem już w ciąży.

Te drugie od pięcioletniego synka:

„Nie będę miał siostrzyczki ? Czemu ? Mamusiu, dlaczego ona umarła ?”

W szpitalu czekając od 7.00 do 16.00 na zabieg nie usłyszałam ani słowa. Poroniłam na szpitalnym korytarzu. Moja córka spłynęła w toalecie..

Trzecich słów nie było.

Zabieg został przeprowadzony ok 16.00 bez wywiadu anestezjologicznego.

Czwartych tych najważniejszych również nie usłyszałam

Nie usłyszałam o możliwości zarejestrowania i pochowania mojego dziecka. O kwestii przysługującego urlopu macierzyńskiego i zasiłku pogrzebowego nie wspominam, bo nie o pieniądze mi chodzi. Żadnej pomocy psychologa. Ani księdza. Ani nawet lekarza. Kompletna cisza. Głucha, okropna cisza…

No i kolejne słowa – których wolałabym nie usłyszeć:

„To lepiej, bo pewnie byłoby chore.”

„Będziecie mieć kolejne.”

„Przecież jedno już macie.”

„Kiedy dajesz sobie szlaban na rozczulanie się nad sobą?”

„Wróć do pracy od razu będzie lepiej, bo teraz nie masz co robić i dlatego Ci źle.”

Słowa….

Ci którzy naprawdę pomogli nic nie mówili. Oni byli.

„Mamo, czy będę miał brata, albo siostrę ? Proszę…”

Basia